plzh-CNenetdelvltnorues

Dla niego biżuteria to przede wszystkim historia, emocje osoby obdarowującej i obdarowanej oraz talent mistrza, który ją wykonał. Dlatego ratuje dawną biżuterię przed starością i przetopieniem, zaś nową, którą tworzy na indywidualne zamówienia, silnie personalizuje.

Masz takie poczucie, że nie miałeś innego wyjścia, jak tylko zostać jubilerem?

Absolutnie nie. Zawodowo zaczynałem od jubilerstwa, a dokładniej od szkoły grawerskiej, do której poszedłem w wieku 16 lat, ale potem próbowałem też sił w innych zawodach. M.in. studiowałem budowę dróg i mostów na Politechnice Warszawskiej a jednocześnie pracowałem w nadzorze w laboratorium drogowym. Nawet mi się to podobało, ale jednak – mimo moich szczerych chęci – musiałem przyznać, że niewiele wskóram w budownictwie drogowym.

Miałeś wrażenie, że w jubilerstwie więcej wskórasz?

Zdecydowanie tak. Tym bardziej, że będąc „budowlańcem”, cały czas wykonywałem biżuterię – głównie dla znajomych, ale przede wszystkim dla przyjemności – więc mogłem nabrać przekonania, że właśnie tym chcę się w życiu zajmować. Tak więc ostatecznie była to moja świadoma decyzja, a nie np. naciski rodziny, żebym kontynuował tradycje platernicze rodziny Schiffersów. Mój pradziadek był złotnikiem, dziadek platernikiem, ojciec wprawdzie nie zajmował się jubilerstwem, ale dobrze znał się na starej biżuterii i na kamieniach jubilerskich. Rodzice dali mi wolną rękę w wyborze zawodu – dobrze wiedzieli, że przy moim charakterze wszelkie naciski byłyby przeciwskuteczne (śmiech). Gdyby brat dziadka nie przegrał irańskich aktywów firmy w karty i gdyby jej polski oddział nie został po wojnie znacjonalizowany, kto wie, może teraz byłbym platernikiem…?

Nie myślałeś o kontynuacji rodzinnych tradycji platerniczych?

Dziś to skomplikowany temat, ponieważ kultura galanterii stołowej nie jest tak rozbudowana jak w czasach przedwojennych. Choć oczywiście wszystko jest kwestią wzornictwa – na atrakcyjne zapewne znaleźliby się amatorzy, nawet jeśli nieliczni.

Mogłaby to być kolejna pozycja w Twoim i tak już bogatym portfolio…

Rzeczywiście próbowałem sił w różnych dziedzinach, bo lubię wyzwania – i biżuteryjne, i niebiżuteryjne. Właściwie i tak się to sprowadza do wspólnego mianownika – ja po prostu przenoszę wybrane rozwiązania stosowane w biżuterii do innej skali, kładąc nacisk na funkcjonalność przedmiotu i jego estetykę. Chyba najbardziej „szaloną” rzeczą, jakiej nikt by się po jubilerze nie spodziewał, było zbudowanie sauny (śmiech). Łącznie z doprowadzeniem elektryki – brat wyjaśnił mi przez telefon co i jak (śmiech). Umiejętność lutowania przydała się wtedy znakomicie (śmiech). Zresztą w biżuterii jest podobnie – ta praca stale wymaga wymyślania nowych rozwiązań. Dotyczy to zarówno biżuterii, którą projektuję i wykonuję, jak i tej, którą naprawiam.

Jak często dziś naprawia się jeszcze biżuterię?

Zdecydowanie rzadziej niż jeszcze jakieś 5 lat temu. Więcej jest takich klientów, którzy chcą ją przetopić i zlecić wykonanie innego wyrobu. Za każdym razem staram się ich odwodzić od tego pomysłu, tłumacząc, że stoi za tym talent i praca konkretnego człowieka oraz ogromny ładunek emocjonalny. I to jest właśnie największa wartość tej biżuterii – a nie wartość kruszcu, z którego została wykonana. Chyba jestem przekonujący, bo dość często udaje mi się sprawić, że ta biżuteria nie tylko nie idzie do tygla, ale po odnowieniu noszona jest z dumą przez przedstawicieli kolejnego pokolenia. Takie „cuda” zdarzały się w pandemii trochę częściej niż zwykle – również koledzy-rzemieślnicy zauważyli, że więcej mają napraw skórzanych toreb, zegarków czy biżuterii.

Efekt proekologicznego myślenia?

Szczerze? Wątpię. Myślę, że to raczej nadmiar wolnego czasu w okresie lockdownu, który zmotywował nas do porządków w zakątkach szaf i doraźnego sprawdzania w internecie, czy i co da się z tym zrobić. Teraz już świat zdaje się wracać do normy – duże firmy muszą odrobić straty, więc kuszą nowymi pomysłami i sezonowymi wzorami modowej biżuterii. Natomiast jeśli chodzi o myślenie proekologiczne, to branża jubilerska idealnie wpisuje się w ten nurt – srebro czy złoto można odzyskać właściwie w 100 procentach.

To chyba niełatwy czas dla jubilerów i twórców biżuterii?

Jako jubiler nie mam powodów do narzekania, ale to prawdopodobnie efekt świadomego budowania pozycji na rynku od wielu lat. Nie zliczę imprez wystawienniczych, w których brałem udział – nie tylko targów branżowych, ale też wielu innych, gdzie mogłem pozyskać nowych klientów. Dziś moja firma bazuje głównie na współpracy z klientami indywidualnymi, dla których wykonujemy unikatową biżuterię na specjalne zamówienie. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z perspektywy twórcy biżuterii artystycznej. Już jakiś czas temu zauważyłem, że ten sektor rynku zdecydowanie się kurczy, co widać chociażby po znikających galeriach sztuki złotniczej. Dlatego biżuterię artystyczną traktowałem od zawsze jako dodatek do jubilerstwa. I świetną okazję do artystycznego wyszalenia się – daje ona zdecydowanie większe pole do popisu, ponieważ jako twórca jestem ograniczony wyłącznie własną wyobraźnią. Uwielbiam wszystkie aspekty „bycia artystą”, zwłaszcza ten towarzyski (śmiech). Szczególnie sprzyjają mu wystawy, wernisaże, wyjazdy na Festiwal do Legnicy, a w przeszłości studia na ASP w Łodzi. A właściwie sprzyjały – jeszcze przed pandemią wszystko jakby przymarło, a covid tylko dodatkowo pogorszył sprawę. Mam jednak nadzieję – i za to naprawdę mocno trzymam kciuki – że sytuacja wkrótce wróci „do normy” i znowu będziemy mogli spotykać się w Legnicy i nie tylko tam.

Przyszłość biżuterii artystycznej nie maluje się w różowych barwach…

Niestety masowa biżuteria z roku na rok coraz silniej wypiera każdą inną, sporo galerii sztuki złotniczej zamknęło się, a te, które przeżyły, często muszą ratować się biżuterią o charakterze modowym. Obawiam się, że biżuteria artystyczna kiedyś całkowicie zniknie z rynku, ponieważ coraz trudniej konkurować jej z biżuterią modową: ciekawą wizualnie, stosunkowo tanią, wymienialną co sezon albo i nawet częściej. Za biżuterię artystyczną trzeba zapłacić znacznie więcej – jest często unikatowa, wykonana ze szlachetnych materiałów przez określonego artystę z nieprzeciętnymi dokonaniami, ponadczasowa. W cenie bransolety można mieć np. 20 par kolczyków z sieciówki – i wiadomo, jaki będzie wybór większości odbiorców… Pewnym pocieszeniem jest fakt, że nadal są także tacy, którzy doceniają wartość ręcznej pracy artysty-rzemieślnika i właśnie takich wyrobów poszukują na rynku.

Jakich wyborów dokonują klienci Twojej pracowni?

Dobrych (śmiech). A tak poważnie: zdecydowana większość z nich to klienci indywidualni, dla których realizujemy indywidualne projekty na biżuterię spersonalizowaną. Co ciekawe, równie często panie zamawiają biżuterię czy inne akcesoria jubilerskie dla panów co panowie dla pań. Większość z nich nawet nie zdaje sobie sprawy, że pracownia jubilerska może zrealizować ich nawet najbardziej wyszukane czy wręcz szalone pomysły – kiedy im to uświadamiam, puszczają ograniczenia i włącza się fantazja. Niektóre realizacje są naprawdę niesamowite! I w każdej jest zawarta jakaś cząstka człowieka, który będzie ją nosił – poprzez nawiązania do jego hobby czy też do konkretnych zdarzeń z przeszłości, głębokich emocji… Bo biżuteria to coś znacznie więcej niż ozdoba…

Wykonujesz też zamówienia dla firm.

Tak, ale tu już otrzymujemy określone wytyczne. Zamówienia są różne – czasem jest to biżuteria, czasem akcesoria. Zresztą firm, które zlecają realizację gotowych projektów 3D, jest ostatnio coraz więcej. Kłopot tylko w tym, że te „zewnętrzne” projekty nie zawsze nadają się do realizacji – żeby być dobrym projektantem trzeba posiadać także umiejętności warsztatowe. Mam nadzieję, że to będzie wystarczający powód do kształcenia kolejnych pokoleń fachowców. Bez fachowców nie poradzą sobie także wyrastające niczym grzyby po deszczu firmy specjalizujące się w marketingu, które wprowadzają na rynek również kolekcje biżuterii – wiedzą doskonale, jak ją sprzedać, ale nie wiedzą, jak ją wykonać.

Często podkreślasz, że warszawska Praga jest dla Ciebie wyjątkowym miejscem. Dlaczego?

Moja rodzina od pokoleń mieszka na Pradze. Niedaleko mojej obecnej pracowni była fabryka platerów Schiffersów. Zauważyłem, że zmieniając co kilka lat lokalizację pracowni, coraz bardziej zbliżam się do jej przedwojennej lokalizacji – kto wie, może niedługo znajdziemy się dokładnie tam…? Historia zatoczyłaby koło… Wychowałem się na Pradze, znam tu każdą przysłowiową dziurę, i – co najważniejsze – bardzo dobrze się tutaj czuję. Lubię tych ludzi, ten klimat, tę mentalność z jej otwartością na drugiego człowieka. Praga ma swój niepowtarzalny klimat, który cenią nawet przybysze z lewobrzeżnej części miasta – coraz więcej młodych ludzi się tu sprowadza i cenią ją sobie nawet bardziej niż np. Żoliborz. Mam tu wszystko, czego potrzebuję.