wtorek, 13 listopada 2012 11:59

Ola Pietrucka: Biżuteria „amatorska” też może być piękna

Napisane przez  Ola Pietrucka
Oceń ten artykuł
(15 głosów)

Ciekawym i szybko się rozwijającym zjawiskiem ostatnich kilku lat na naszym rynku jest zdecydowane powiększenie się grupy osób tworzących biżuterię artystyczną.

To już nie tylko ludzie zajmujący się tym rodzajem sztuki od lat, czasami „w spadku” po rodzinie, członkowie STFZ, czy adepci artystycznych uczelni, ale również „zwykli zjadacze chleba”. Ludzie, którzy w wolnych chwilach po pracy realizowali siebie poprzez tworzenie rękodzieła – tak właśnie zaczęło się rozwijać środowisk twórców handmade. Bardzo często była to biżuteria tworzona z dostępnych, zazwyczaj tanich materiałów i w powszechnie znanych technikach, lecz wiele z tych osób oprócz pasji miało i talent, więc apetyt rósł, w miarę jedzenia i dostępu do Internetu... Dzięki niemu szybko zapoznali się ze światowym dorobkiem w tej dziedzinie, poznali nowe inspiracje i materiały.

Okazało się, że istnieje wiele sposobów na ukazanie swoich pomysłów pod postacią biżuterii, niejednokrotnie bez wykorzystania technik jubilerskich, lub przy minimalnym ich udziale, a w równie spektakularnej formie. Co najciekawsze, szybko pojawiło się spore grono klientek zainteresowanych takimi nowościami i nagle „wyszły z ukrycia” materiały, które dotychczas nie były w ogóle brane pod uwagę w tworzeniu ozdób lub traktowane były jako mniej atrakcyjne od powszechnych w użyciu metali szlachetnych. Żywica epoksydowa, drewno, filc, ceramika, szkło, papier, wiskoza, fimo (to taka nasza modelina), czy różnego rodzaju koraliki i kryształki... – to tylko część tego, co można odnaleźć w arsenale materiałów, z których da się stworzyć prawdziwą ozdobę ciała. Wszystko – jak zwykle – zależy od wyobraźni tworzącego i jego umiejętności manualnych. Być może dlatego w tej chwili o cenie chętnie kupowanych ozdób nie zawsze decyduje ekskluzywny materiał, a bardziej pomysł, ręczne wykonanie, uroda i unikalność danego przedmiotu.

Z ciekawostek, które pojawiły się w Polsce i zrobiły furorę wśród twórców-amatorów były materiały nowej generacji, jak chociażby „magiczna” glinka zwana Art Clay. W zależności od rodzaju, daje ona możliwość tworzenia biżuterii w srebrze, złocie lub miedzi bez użycia tradycyjnych technik. Jakim cudem? A no takim, że są to ekologicznie odzyskane metale, sproszkowane razem z papierem, który działa jako środek wiążący w momencie dodania do tego proszku wody, co powoduje, że otrzymujemy z tej masy coś na kształt plasteliny, z której zdolne ręce potrafią czynić cuda. Efekt końcowy widać po wypaleniu w piecyku i oczyszczeniu. To oczywiście wynalazek pomysłowych Japończyków, który świetnie przyjął się w naszym kraju i już mamy pierwsze mistrzynie zdobywające trofea na corocznych konkursach zagranicą. Co najciekawsze większość z nich zaczynała swoją biżuteryjną przygodę od lepienia jej z modeliny.

Jeżeli chodzi o popularne i niezwykłe techniki, które świetnie się u nas przyjęły, to jedna z nich przywędrowała do nas z Ameryki i jest to wire-wrapping – urokliwa i niezwykle dekoracyjna metoda łączenia wykutych w wybranym metalu profili, pajęczyną srebrnych lub złotych drucików. Wszystko w tym stylu prezentuje się niezwykle bogato i wykwintnie, niczym ozdoby barokowej damy. Niejednokrotnie, całkiem słusznie, ich piękno zapiera dech w piersiach, zwłaszcza w bezpośrednim kontakcie, gdy weźmie się to małe cacko do ręki i przyjrzy precyzji wykonania.

Sutasz to fenomen ostatnich dwóch lat – technika bazująca na szyciu, pełna barw i kształtów, kobieca, żywiołowa i dająca wielkie pole do popisu – fenomen na naszym rynku. Nic dziwnego, że liczba wykonawców i tak już duża, nadal rośnie. W biżuterii spopularyzowała go artystka z Izraela – Dori Csengeri. Ogólnie rzecz biorąc, biżuteria z sutaszu powstaje na bazie fantazyjnie ułożonych i zszytych tasiemek wiskozowych, dekorowanych minerałami, koralikami i kryształkami wszelkiego rodzaju. Pomimo użycia teoretycznie tanich materiałów, sama technika jest bardzo czaso- i pracochłonna, a każdy szczegół czy wywinięcie tasiemki ma tu znaczenie, bo od pomysłu i precyzji wykonania zależy efekt końcowy. W tym temacie zdecydowanie mamy się czym pochwalić, bo prace naszych twórców niejednokrotnie są lepsze od projektów Dori.

Jak się okazuje to nawet na bazie koralików i technik hafciarskich można stworzyć bajeczne ozdoby, od których trudno oderwać jest wzrok. Mam tu na myśli haft koralikowy (ang. bead embroidery) – niezwykle efektowną technikę zdobienia tkanin, której pierwsze ślady odnaleziono ok. 2.500 p.n.e w Iraku w grobowcu z Ur. To rodzaj haftu, który ograniczyć może jedynie wyobraźnia i możliwości twórcy. Odżyła ona ostatnimi czasy dzięki popularyzacji jej na amerykańskich blogach handmade i tak też dotarła do Polski. Oczywiście została momentalnie przyswojona dzięki temu, że haft zawsze był ważnym elementem naszej sztuki folklorystycznej.

Na pewno warto też jeszcze wspomnieć o wspaniałej biżuterii z ceramiki, nierzadko łączonej z materiałem, kamieniami, czy haftem, a także o filcu, który daje wielkie możliwości zarówno przestrzenne, jak i kolorystyczne… Pomysłów jest tyle co twórców, więc różnorodność jest wielka – i to jest wspaniałe. Bardzo ciekawym trendem jest łączenie wielu technik, czasami skrajnie różnych w jednej ozdobie, a także recycling biżuteryjny, czyli tworzenie nowej biżuterii z umiejętnie dobranych i zakomponowanych fragmentów starych precjozów. Biżuteria zawsze miała wiele twarzy, ale zazwyczaj była sztuką elitarną, tworzoną przez wybrańców, speców, artystów, rzemieślników z dziada pradziada. Dziś może w niej zaistnieć każdy, kto wkłada dużo wysiłku i ma ciekawe pomysły. To z pewnością rozwija rynek w pozytywny sposób, dopingując innych twórców do kreatywności, a klientów do otwartości na nowości.


Ola Pietrucka jest właścicielką internetowej galerii Olissima.

Polecamy:
Warto kształtować gusta - rozmowa z Olą Pietrucką

Skomentuj

Reklama

Komentarze