plzh-CNenetdelvltnorues

Świat wokół się zmienia, więc biżuteria też nie jest już tym, czym jeszcze niedawno była. Czym więc jest – lub powinna być – dziś, jeśli nie ozdobą? Jakie komunikaty przekazują nam artyści za jej pośrednictwem?

„5x8” – to tytuł Twojej najnowszej wystawy prezentowanej w Muzeum Biżuterii Współczesnej w Warszawie. Co się kryje za tą matematyką?

Wymyślenie tematu to zawsze problem. W trakcie powstawania prac rodzą się nowe wątki, więc z reguły temat ewoluuje. Podobnie było z tą wystawą: pierwotnie miała to być retrospektywa – właśnie mija 35 lat mojej pracy zawodowej. Planowałem pokazać prace z ostatnich 10 lat – olbrzymia przestrzeń w Muzeum Biżuterii Współczesnej zachęca do wystaw przekrojowych. Koncepcja się zmieniła, kiedy dowiedziałem się, że wernisaż jest planowany na 13 grudnia. To ważna i bardzo symboliczna data, która zmieniła nasze myślenie o wolności i niezależności. Taką niezłomną postawę w obszarze sztuki prezentowała związana z Łodzią Katarzyna Kobro. W 2017 r. odbyła się w ASP w Łodzi inspirowana jej twórczością wystawa „My, spadkobiercy”. Artystka szukała dla swych realizacji idealnych proporcji i wybrała bliski złotemu podziałowi stosunek boków 5:8 – od tego właśnie wyszedłem, projektując prace na tamtą wystawę. Ponieważ większość późniejszych realizacji jest kontynuacją tej bazowej formy, cała wystawa otrzymała tytuł „5x8”. Większość prac prezentowanych na wystawie powstawała w tym roku. 

Ale widzę tutaj też kilka starszych prac. 

Dobór starszych prac wynikał z podobnego klucza – wybrałem realizacje mówiące o obecnie nurtujących nas problemach. Są więc prace z ubiegłorocznej wystawy „Dwa żywioły” inspirowane wichurami, jakie przeszły przez nasz kraj. Ponieważ w kilku realizacjach pojawiają się palce, pokazałem też starsze prace z tym elementem. Najstarsza z nich – i najstarsza na wystawie – powstała w 2003 roku na wystawę „Symbole miłości”.

Wróćmy jednak do tych nowych prac na wystawie. 

Rok temu byłem na pielgrzymce w Izraelu. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie graffiti na murze między Palestyną a Izraelem – to niesamowicie energetyczne miejsce. Tam sobie uświadomiłem, że obecnie to właśnie graffiti przejęło rolę biżuterii jako nośnika komunikatu. Mocno mnie to zainspirowało – kupiłem tam nawet magnesy z grafiką Bunksy’ego, których użyłem potem w trzech pracach. Powróciłem też do formy ramy z kolcami, która, jak się okazało, idealnie się sprawdziła, ponieważ można w nią włożyć właściwie każdą treść. Tak powstała dość pokaźna kolekcja licząca ponad 50 brosz odnoszących się do takich tematów, jak np. me too, pedofilia w Kościele, ekologia, zakupoholizm, wymieranie gatunków, ocieplenie klimatu – globalnych problemów, z którymi obecnie się mierzymy. Starałem się, by – podobnie jak graffiti – były czytelnymi komunikatami. Nie nadawałem im tytułów, aby nie odbierać możliwości do ich własnych interpretacji. 

Dużo w nich cierpienia... 

Zapewne to te cierniowe ramy budują takie wrażenie. Grodzimy się, izolujemy przed wszystkim i wszystkimi. Wszędzie widzimy zagrożenie, budujemy zasieki. Popadamy w paranoję. Ale też taką mamy aktualnie sytuację na świecie... W ten sposób nawiązuję też do 13 grudnia, który w znaczący sposób zmienił naszą mentalność. Nie chciałem jednak uprawiać niepotrzebnej martyrologii, więc świadomie nie sięgnąłem po żołnierzyki czy czołgi. I bez nich te brosze oddają sytuację ogólnego zagrożenia wywołanego takimi zjawiskami jak zakupoholizm, wymieranie gatunków, zalew śmieci, permanentna inwigilacja… Powoli zapominamy, że istniały kiedyś miejsca, w których czuliśmy się wolni i bezpieczni… 

Biżuteria zawsze była dla Ciebie przede wszystkim komunikatem?  

W latach 80., kiedy zaczynałem projektować, tworzyłem srebrne formy inspirowane geometrią – takie myślenie wyniosłem ze szkoły. Ale w pewnym momencie zacząłem poszukiwać nowych materiałów o własnej energii, nowych form wyrazu, ale też i nowej treści. Biżuteria to nie tylko forma zdobnicza: uważam, że powinna wrócić do źródeł i być nośnikiem ważnych treści. Może nie wszystkie moje prace są bardzo czytelnymi komunikatami, jednak w przypadku tej wystawy starałem się je upraszczać – siła przekazu tkwi właśnie w prostocie.  

Materiały służące do budowania tego przekazu z biżuterią też się raczej nie kojarzą…  

Każdy materiał kryje w sobie jakiś przekaz. Niesie go tradycja, kolor, jego cechy fizyczne. Kiedyś twierdziłem, że o nowych zagadnieniach lepiej mówić poprzez nowe materiały, gdyż nie są tak obciążone znaczeniami. Wszystko wraca i nagle się okazuje, że te stare komunikaty nakładają się na nowe i powstaje wielowarstwowy przekaz. Ostatnio zauważyłem, że to czasami duża zaleta w realizacjach, i już nie wystrzegam się pewnych materiałów czy kolorów. Przed wernisażem w Muzeum Biżuterii Współczesnej dwóch studentów historii sztuki odnalazło w tych broszach – poprzez ciernie i czarny kolor – odniesienia do XIX-wiecznej biżuterii patriotycznej. Zawsze wszystkie części realizacji przygotowałem do konkretnego projektu. Duża część użytych w prezentowanych w broszach elementów to „pozostałości” z niewykorzystanych części ze starych prac – więc jest też podejście eko. 

Czy artyści mają obowiązek reagowania na to, co się wokół nich dzieje? 

Każdy artysta jest inny, każdy reaguje na inne bodźce. Słyszałem ostatnio, że nie ma sensu zajmować się czystą sztuką, ponieważ nic po niej nie zostaje – oprócz śladu węglowego (śmiech). Więc żeby nie marnować energii, powinniśmy być zaangażowani. Żyjemy w takich czasach, w których stale docierają do nas nowe informacje. Ponieważ artyści żyją emocjami, znajdują one swoje odzwierciedlenie w ich pracach. Biżuteria – podobnie jak każda inna dziedzina sztuki – jest środkiem reakcji. Pozwala mi wyrazić moją niezgodę na to, co się wokół mnie dzieje. 

Uczysz studentów właśnie takiego spojrzenia na biżuterię? 

Biżuteria powinna być przekazem, więc artyści powinni poprzez biżuterię opowiedzieć trochę o sobie i świecie, który ich otacza. Czasem mają problem z tym, co chcieliby powiedzieć i w jaki sposób – ale to kwestia czasu i praktyki. 

Mija 35 lat Twojej pracy zawodowej – jak podsumujesz ten czas? 

Nie mam powodów do narzekania. Tyle lat utrzymałem się w zawodzie: pracuję jako pedagog, robię to, co lubię. Istotnym momentem było uzyskanie tytułu profesora – wtedy przestałem musieć i mogłem wreszcie zacząć robić to, co chcę. Ta praca ma wiele zalet, ale bywa też przekleństwem – każdą wolną chwilę spędzam w pracowni.  

Kiedyś biżuteria była ozdobą, dziś jest przede wszystkim komunikatem – jaka będzie w najbliższej przyszłości?  

Zauważyłem, że prace zmieniają znaczenia lub nabierają nowych w zależności od zmieniającej się sytuacji. Dzisiaj wszystko jest informacją. Nosimy coś, aby opowiedzieć o sobie, jednak inni potrafią na tej podstawie opowiedzieć o nas więcej niż my sami: modowa ozdóbka mówi, na ile jesteśmy trendy, babcina pamiątka zaś o naszych emocjach i upodobaniach. Odczuwamy silną potrzebę wyróżniania się – jednym z atrybutów może być biżuteria. Jest więc szansa, że powróci moda na wyroby unikatowe. Tradycyjnie biżuteria powstaje z metalu – materiału, który podlega ciągłemu recyklingowi. Tak więc nasza działalność nie wytwarza śmieci, więc jest szansa, że dalej będzie się rozwijać.

prof. Andrzej Boss – prowadzi Pracownię Projektowania Form Złotniczych w Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi, wykłada także w Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach. Od 35 lat projektuje biżuterię, przedmioty użytkowe oraz małe formy rzeźbiarskie. Uczestnik ponad 100 wystaw zbiorowych i ok. 20 indywidualnych. Mieszka i pracuje w Łodzi. W swoich pracach często używa bursztynu, w którym wysoko ceni możliwość odkrywania jego „wewnętrznych światów" oraz inspirujące formy naturalnych bryłek, które bardzo często podpowiadają ostateczny kształt dzieła. 
Wystawę jego prac – biżuterii, poprzez którą artysta zwraca uwagę na istniejące globalne problemy – można oglądać w Muzeum Biżuterii Współczesnej w warszawskim Centrum Koneser do 17 stycznia 2020 r.


Polecamy: 

„5 x 8” – wystawa Andrzeja Bossa